Snowboard freeride Białka Tatrzańska
Białka Tatrzańska to kurort który oferuje wiele frajdy każdemu fanowi sportów zimowych. Kilkadziesiąt wyciągów, różne stopnie zróżnicowania i rozsądne ceny to chyba główne zalety. Przez całe lato planowałem wypad z Arkiem, który prowadzi firmę organizującą szkolenia narciarsko snowboardowe AR-Sport. Co prawda szkolenia nie potrzebowałem (choć przydało by się, bo w technice to pewnie duże błędy robię, ale wolałem nauczyć się wszystkiego sam i przeznaczyć kasę na inne rzeczy), dlatego codziennie wieczorem oglądałem prognozy pogody, które nie pozostawiały złudzeń. Podsumowując, czekałem cały rok na zimę, a tu połowa sezonu, koniec stycznia, a pogoda totalnie do du py! Długotrwałe temperatury dodatnie i deszcze roztopy stopiły nawet dwumetrową rampę do freestylu którą wybudowałem własnoręcznie łopatą na podwórku. Byłem lekko załamany bo już myślałem, że nici z wyjazdu, aż tu w prognozie pogody wreszcie zapowiadają śnieżyce. Nie macie pojęcia jak się ucieszyłem. Na drugi dzień to samo, śnieżyce, mróz, a prezenter dodał "Wygląda na to, że mamy wreszcie idealne warunki narciarskie" i od razu po tej prognozie telefon do Arka czy ma jeszcze wolne miejsca na wyjazd. Na szczęście znalazło się wolne miejsce dla mnie, choć zadzwoniłem na ostatnią chwilę. Własny sprzęd od deski po google już miałem, a więc już dwa dni później jechałem busem do malowniczej miejscowości jaką jest Białka Tatrzańska.

Kilka słów o obozie snowboardowym
Cały obóz u Arka był zaplanowany perfekcyjnie. Ośrodek bardzo fajny, czyściutko, cieplutko w domkach góralskich, dosłownie idealnie. Rano od razu po przebudzeniu śniadanie i wyjazd na Kotelnicę, gdzie około 4 godziny jazdy i obiad, po obiedzie znowu jazda i kolacja, a po kolacji znowu jazda po stoku. Podsumowując DUŻO JEŻDŻENIA :) i o to chodzi! Kuchnia w ośrodku Placówka była konkretna. Choć przyznam szczerze, że na przyprawach czasami oszczędzają to najeść się można było do syta. A to bardzo ważne gdy masz przed sobą cały dzień jazdy. Dodatkowe atrakcje które zasługiwały na uwagę to z pewnością bitwa na śnieżki po wyjściu z sauny i wyjazd do aquaparku w Krakowie. Szczerze polecam szkoleniowe obozy snowboardowe z Arkiem każdemu kto chce nauczyć się narciarstwa albo snowboardu. Arek z tego co zauważyłem też bardzo fajnie uczy z dużą cierpliwością, a podczas całego obozu panuje naprawdę bardzo fajny klimat, aż człowiek czuje, że jest na wakacjach.

Freeride
Stok Kotelnica w Białce jest spoko. Pod warunkiem, że nie jesteś tam w sezonie. A ja niestety byłem i to w czasie ferii, wiecie co to znaczy? Diabelnie długie kolejki, masę rozpychających się bachorów z rodzicami, którym totalnie brak jakiejkolwiek kultury i mega wielki ścisk w kolejce do wyciągu w której wszyscy pchając się na siłę niszczą mój ukochany snowboard. Kiedy ruch na stoku przekroczył granice mojej psychicznej wytrzymałości nerwowej zacząłem szukać jakiejś alternatywy do dobrej zabawy. Moją uwagę przykuł napis zakazu przejścia. Pomyślałem "HMMM" :) i tak, to była ta głęboka myśl zaraz po której wyszedłem po za trasę. Szczęśliwy i uśmiechnięty od ucha do ucha, że wreszcie zrobię coś ynnego zacząłem włazić pod górę od północno wschodniej strony Kotelnicy. Co jakiś czas widziałem skutery śnieżne, a wchodzienie pod górę w głębokim śniegu było jednak trochę męczące. Ale co tam dla mnie. A jakie widoki. Aż zszokowany byłem że wychodząc zaledwie kilkaset metrów od trasy są takie piękne widoki i można się poczuć jak w prawdziwych górach a nie jak na farmie (stoku). Bynajmniej pierwszy zjazd mnie nie powalił, kąt nachylenia był zbyt mały i zatrzymywałem się co jakiś czas w głębokim puchu. Ale ludzie, jaka frajda, mówię wam... . Zupełnie inna bajka niż jazda po stoku.

Po powrocie i obiedzie dowiedziałem się od Arka, że fajnie też jest po drugiej stronie za Kotelnicą. Od razu po wjeździe na górę ruszyłem w nowe miejsce. Jak je zobaczyłem to po prostu szczęka mi opadła i zacząłem pośpiesznym krokiem naginać w stronę miejsca gdzie mogłem zacząć zjazd po świeżutkim puchu. Tam był trochę większy skos, przez co zatrzymałem się dopiero przed głębokim lasem. A jak się zatrzymałem przed lasem to piechtobusem pod górę pod skosem w stronę tej większej góry, gdzie w przyszłym roku planowali już budowe nowego wyciągu. Za 3, czy 4 zygzakiem weszłem pod górę na której szczycie stał krzyż. Zmachany jak diabli ale szczęśliwy położyłem się na śniegu by trochę odpocząć. Była piękna pogoda, śnieg padał, cisza, tylko z daleka było słychać nadjeżdżające skutery śnieżne. Po około 10 minutach zrobiłem trochę fotek i zapiąłem wiązania. Zjeżdżając nagrałem wszystko i aż żałuje, że to nagranie skasowałem, bo kamera w telefonie raczej nie jest szerokokątna i mało uchwyciła. Zjazd po tej górce to była czysta poezja. Tego się nie da opisać słowami. To trzeba przeżyć. Wtedy po raz pierwszy powiedziałem sobie "kocham freeride". I wiedziałem, że to właśnie tą działkę snowboardu będę uprawiał z największym zamiłowaniem. Na dole wystające pale ściętych drzew zahaczały czasem o deskę rysując ją bezlitośnie, ale potem mój pierwszy przeskok przez strumyk. Bezcenny. Wieczorem pijąc grzańca w tej wielkiej restauracji przed Kotelnicą czułem się 100 razy większą satysfakcję z życia niż jakbym zaliczył najseksowniejszą laskę na świecie. Wiedziałem, oj tak :) wiedziałem, że nazajutrz też będę pocinał w puchu. I takim to sposobem zakochałem się w snowboardowym freeridzie.

Następnego dnia jeździłem po za trasą aż do późnego wieczora. To był raczej taki średni wybór, bo... . By pokonać na własnych nogach całą trasę wchodząc pod górę i zjeżdżając naobkoło lasku trzeba było poświęcić trochę ponad godzinę. A tym razem robiło sie już ciemno, ale jak to ja pomyślałem "a co tam, zdążę, najwyżej ostatni zjazd będzie po ciemku". I wszystko było ok do momentu kiedy w 1/4 trasy zaczęło mi się wydawać, że coś słyszę. Ale pomyślałem, "aaa wydaje mi się". I kaman na przód. Im dalej, tym mocniej zaczęło mi się "wydawać, że coś słyszę" coś na rodzaj wycia wilków. Jeśli słyszeliście kiedyś w jakimś filmie wycie wilka to na pewno wiecie co mam na myśli. A wszystko było jeszcze bardziej przerażające, ponieważ szedłem sam jak palec pod górę i nie miałem w razie ewentualnego ataku nic do obrony po za deską snowboardową. Gdy byłem w 1/3 trasy już dawno paliły się światła na stoku co było widać z oddali, a ja wiedziałem, że to co wyje to na pewno nie psy i na pewno nie jeden. Domniemam, że była to po prostu grupa wilków w której stronę musiałem iść, żeby dotrzeć do najbliższego wyciągu, ludzi, cywilizacji. Zajebiście. Choć spędziłem ponad 8 lat na siłowni, 5 lat ćwiczyłem boks i karate to raczej na nic by to się zdało gdyby zaatakowała mnie grupa wilków, którą słyszałem coraz głośniej idąc pod górę. A iść pod górę musiałem, żeby obejść lasek, bo za daleko byłem żeby się cofnąć. Miałem niewyobrażalnego pietra. Będąc już na szczycie, spocony i zmęczony pospiesznym chodzeniem po głębokim puchu modliłem się, żeby żaden dziki zwierz nie wyskoczył mi na trasie zjazdu. Bo jednak nie było to strome zbocze, a z wcześniejszych zjazdów dowiedziałem się, że prędkość jazdy w głębokim puchu jest z reguły mniejsza niż po ubitym stoku, ale udało się. Zjazdem na krechę bez slalomu. Ufff ale miałem ulgę jak już byłem pod wyciągiem. Spojrzałem w stronę góry z krzyżem na szczycie i z ogromną ulgą się zacząłem śmiać z całej sytuacji. Choć gdy byłem w połowie trasy do śmiechu mi nie było ;) Bynajmniej teraz już wiem, że takie wyprawy snowboardowe najlepiej organizować w grupie i raczej nie pod wieczór :)
