KOTT 2012 - relacja
17.02.2012
Ponieważ w piątek wszyscy się zjeżdżali do Chaty Slana Voda po słowackiej stronie Babiej Góry był to wieczór integracyjny. Integracja była na całego i powiem szczerze, że miło spędzić czas w tak inspirującym towarzystwie i posłuchać opowiadań z wyjazdów w różne ciekawe i egzotyczne miejsca... A najfajniej było jak skakaliśmy z okien pierwszego piętra w dwumetrowe śnieżne zaspy ze świeżego puchu. To było ekstra :)
18.02.2012
Następnego dnia o dziewiątej zmobilizowaliśmy się i z rakietami śnieżnymi zaczęliśmy wchodzić w 2 metrowy śnieg, z czego świeżego puchu był metr który napadał w ciągu ostatnich dni. Pogoda wydawała sie piękna, bo chwilami nawet świeciło słońce, ale podejście okazało się drogą przez mękę. Dodatkowo przez wprowadzenie mnie w błąd ze strony Bloodwyna który powiedział, że idzie zawrócić grupę przed nami (z powodu niesprzyjających warunków – zbyt głębokiego puchu, miejscami po pas), a poszedł po prostu dalej, pozostałem w grupie frestylowców którzy mordowali chopy. Coś najwidoczniej zmienił zdanie po drodze! Przez to nie zjechałem z Babiej Góry, co było moim celem! Właściwie na tym mógłbym zakończyć ten żenujący wywód, ale pociągnę temat dalej... Śnieg okazał się głęboki i bardzo rzadki. Już podczas pierwszego wtaczania się pod górę by skoczyć na hopie poczułem silny ból barku który potłukłem sobie mocno w snowparku Krajno. To odjęło mi połowę punktów odwagi i spowodowało, że zamiast śmigać w puchu niemalże walczyłem się z nim. Do tego wiązania FLOW totalnie oblały test w tych ekstremalnie trudnych warunkach, bo ich założenie było męczące i zajmowało zbyt wiele czasu i energii niż to wszystko było warte. Krótko mówiąc czuje ogromny niedosyt i niesmak, ponieważ byłem ogromnie zmęczony, spocony a do tego najgorsze - nie pojeździłem prawie wcale. Puchu niestety było tym razem ZA DU ŻO! Dlatego najprawdopodobniej następne wyjazdy będę planował w pobliżu wyciągów... gdzie przynajmniej pojeżdżę odczuwając satysfakcję po całym dniu.
19.02.2012
Trzeci dzień był ciągiem dalszym katastrofy śnieżnej dnia pierwszego. Jak doszły mnie słuchy na Babiej Górze był wtedy (po stronie polskiej) 4 stopień zagrożenia lawinowego. I choć w pobliżu schroniska zaczęły się powolne roztopy to wszyscy obsesyjnie zaczęli budować chopy w różnych miejscach. Sam zbudowałem jedną, ale najazd był zbyt płaski i nie dawał wystarczającej prędkości. Później widząc chopę w amfiteatrze i upadek z 4 metrów w gęstym lesie podziękowałem – nie chcę wiedzieć co by się stało gdybym upadł na lewy bolący ciągle bark, albo wbił się na jakieś wystające drzewo ukryte w śniegu. Natomiast widząc inną bardzo sympatyczną skocznie z lądowaniem na polanie ucieszyłem się. Pomyślałem... wreszcie! Chociaż poskakam. Ale niestety już podczas pierwszych prób założenia wiązań w puchu po kolana okazało się, że wiązania FLOW w głębokim puchu są DO DU PY! Uwierzcie mi... nie potraficie sobie wyobrazić mojego wkurzenia i frustracji w sytuacji kiedy po kilku próbach założenia wiązań musiałem odpuścić, by nie blokować skoczni i dać możliwość innym poskakać którzy ze standardowym systemem wiązań zakładali je w ciągu minuty. Przyznam szczerze, że kilku z nich miało naprawdę solidne umiejętności i ich triki rodem z filmików snowboardowych robiły wrażenie. Nie mniej jednak dla mnie było mega przykre, kiedy zjechałem pół Polski na imprezę którą czekałem 3 miesiące w ciągu której nic kompletnie nie zrobiłem. System wiązań FLOW po prostu nie sprawdza się w tak głębokim puchu. Dlaczego? Żeby założyć wiązania FLOW trzeba dosłownie wcisnąć do ich środka but snowboardowy, by kontrolować deskę. Zwykle robi się to na stojąco na stoku, gdzie możesz uderzyć kilkukrotnie dechą w utwardzony śnieg, wtedy sprawdza się wyśmienicie. Natomiast w puchu po pas gdy próbuje się wcisnąć buta w wiązania flowoskie decha zapada się jeszcze głębiej, a między buta i wiązania wpada jeszcze więcej śniegu uniemożliwiając ich zapięcie. Dlatego jedna rada dla wybierających się na freeride! Jeśli zamierzacie szaleć w puchu i macie wiązania FLOW. Lepiej kupcie sobie zwykłe standardowe, bo w głębokim puchu może was spotkać przykra niespodzianka. Cóż chyba na następny wyjazd wybiorę przygotowany stok. Chyba odechciało mi się freeridu!
20.02.2012
Siedząc już w fotelu przed laptopem sam nie wiem na kogo/co być zły za nieudany wyjazd. Na pogodę która dojebała śniegu jak pojebana. Na siebie, że po mimo potłuczonego lewego barku zdecydowałem się pojechać na KOTT. Na Bloodwyna który wprowadził mnie w błąd, że niby ma zawrócić resztę, a poszedł do przodu zostawiając z grupą FS. Czy na system wiązań FLOW, którego zapięcie w metrowym puchu równa się z cudem. Chyba zawiniło wszystko po trochu, ale by uniknąć takich porażek w przyszłości może lepiej będę śmigał w pobliżu nartostrad...